Kolejny dzień niemal za mną. Czekam tylko na przypływ mobilizacji, by odwalić A6W i iść spać. Grzeczna dzisiaj byłam i moje menu składało się głównie z warzyw i zielonej herbaty. Mimo to nie spodziewam się cudu przy piątkowym ważeniu. Według prognoz z tescodiets, które zakłada utratę kilograma tygodniowo powinnam zobaczyć 70.8 na wyświetlaczu, jednak jakos na to nie liczę. Ich śmieszny progress chart przewiduje również, że w połowie maja (gdzie tam do maja!) będę ważyć 61kg. Z jednej strony to utrata 10kg, ale z drugiej oznacza to jeszcze kawał drogi przede mną.
Ech... ciężkie jet życie na diecie... Tylko, co ja zrobię, jak w końcu będę miała te moje pięćdziesiąt pare kilo? To pytanie pojawia się zawsze, kiedy jetem na dobrym torze. Nie wyobrażam sobie wrócić do zajadania się sainsburowskimi ciastkami (wierzcie mi, MISTRZOSTWO ŚWIATA! mmm... wyglądaja jak placki z kawałkami czekolady, a smakują jak przepyszne surowe ciasto. A do tego są śmiesznie tanie, pakowane po 5 i komicznie kaloryczne. Rozmarzyłam się...). Nie wierzę, że będę kiedykolwiek w stanie jeść jak normalni ludzie i nie przytyć do słoniowych rozmiarów. Jestem w momencie, gdy każda myśl związana ze zboczeniem z chudej ścieżki napawa mnie przerażeniem.
Tak wyglądają pozostałości anoreksji, którą rzekomo miałam, przynajmniej zdaniem mojego psychologa. Pozdrawiam Wojtusia! Daleko mi do stanu w jakim wtedy byłam. Zachudzone dziewczyny z thinpo galerii wzbudzają we mnie tylko litość i przypominają najsmutniejsze czasy. Teraz jest inaczej. Już nie pałam nienawiścią do mojego ciała. Nie odrzuca mnie też widok odbicia w lustrze. Nawet siebie lubię, muszę tylko poświęcić nieco więcej czasu i wysiłku, by wyglądać tak, jak chcę.
Tylko co dalej? Co się tanie, gdy nie będę już musiała zapisywać wszystkiego, co zjadłam? Gdy będę mogła jeść o której chcę i nie patrzeć na to, że idąc na lunch z dziewczynami powinnam ograniczyć się do sałatki i patrzeć jak one zajadają się kurczakiem w sosie curry? Boję się, że znów zapanuje chaos. Że najpierw poczuję wolność i pochłonę wzystko, a potem rzucę się w wir głodówek i napadów.
Bo ja nie umiem żyć normalnie.
Boję się, że wzystko wróci. Bo dopiero zaczęłam, a już nie chcę się cofać. Dokładnie tak, jak cztery lata temu. Nie chcę przez to przechodzić jeszcze raz tylko po to, by wrócić do punktu wyjścia jakim jest przytycie pod przykrywką bycia normalną.
Czy ktoś mi powie, jak wygląda koniec?