Tylko przez chwilę było dobrze. Jakoś nie mogę pohamować łaknienia, a weekendy mi sprzyjają w objadaniu się. Dlatego tak bardzo chciałabym żeby zaczął się nowy tydzień. Właśnie ja tak dziwnie mam, że od poniedziałku do piątku jakoś daję radę, a przychodzi weekend i wszystkie hamulce puszczają. Ogólnie to nie mogę zabrać się za siebie. Jakoś brak tej motywacji, tego czegoś co dodaje siły i jest w stanie przezwyciężyć chwile słabości. Zawsze jak rano wstaję obiecuję sobie, że zaczynam takie prawdziwe odchudzanie, przychodzi popołudnie i na obiecankach się kończy. Potem tylko usprawiedliwiam siebie, że od jutra to już na pewno… i tak w kółko. No cóż, spróbuję od teraz po raz kolejny.
Z pozoru miał być kolejny nudny dzień spędzony przed tv, ale niczego nie da się przewidzieć. Stało się tak, że spędziłam 5h w mieści cały czas chodząc. Nogi to mi teraz odpadają. Nawet wyjątkowo jeść mi się nie chciało. Także dzień jak najbardziej udany i przede wszystkim wytrwałam dietetycznie. Jeszcze nie nastawiam się na wielki powrót do dietkowania, gdyż ta próba nie jest chroniona motywacją. Dlatego małymi sukcesikami i byle do przodu. 27 czerwca mam zamiar stanąć na wagę i jestem ciekawa efektów odchudzania, o ile jakiekolwiek będą. Choć i ta myśl nie wpłynie na to, iż mój uśmiech z twarzy zejdzie. Jest okej.
Zaczynam po raz n-ty odchudzanie, bez entuzjazmu i motywacji. To co wcześniej osiągnęłam, równie szybko zaprzepaściłam efektem jojo. W związku z tym nie mogłam nawet patrzeć na poprzednie optymistyczne wpisy i dlatego je usunęłam. Zaczynam jako czysta karta. Nie wiem jak ja to zrobię, ale do września muszę zgubić choć